O tym, jak zamieniłam pracę marzeń na kota w worku i o trudnych początkach blogowania

Praca przy organizacji międzynarodowych konferencji była wyczerpująca, wymagająca, ale z zakończeniem projektów zawsze bardzo, bardzo satysfakcjonująca. Po niemal dwóch latach przyszedł czas na chwilę refleksji i zdałam sobie sprawę, że chcę od życia jeszcze więcej, a już na pewno, że chcę inaczej. Ciągle w pośpiechu, niemal do utraty tchu pędziłam przed siebie – tylko dokąd? Każda podróż przecież ma jakiś cel, a przynajmniej powinna mieć w moim mniemaniu.

Po głowie od dawna kołatały mi się wyjazdowe marzenia, nie mogłam uciszyć w sobie pragnienia poskramiania drogi. Już dawno przecież zakochałam się w świecie, w jego smakach, kolorach, zapachach i dźwiękach… w tym pięknie, które tak łatwo przegapić uparcie biegnąc przed siebie żyjąc w dzisiejszych betonowych dżunglach. Pomyślałam więc – kiedy, jeśli nie teraz. To jest ten moment, żeby chwycić swoje marzenia, urzeczywistnić je. Postanowiłam: WYJEŻDŻAM. Żegnam się z pracą, żegnam z przyjaciółmi, wypowiadam umowę na wynajem mieszkania, pakuję się i jadę.

Wszystko skrzętnie zaplanowałam, już niemal stawiałam pierwsze kroki w nieznane, kiedy w drogę weszła mi (jak chyba wszystkim w 2020) pandemia, która rozpanoszyła się w globalnej codzienności. Cóż… „Dobrze jak nie za dobrze”… Podejmując racjonalne kroki postanowiłam poczekać, ale po kolejnych miesiącach walki z samą sobą, wiedziałam, że plan wyjazdu musi zostać zrealizowany, że jest nieodwołalny. Pomysł ten nieznośnie nawiedzając moją duszę dominował wszystkie moje myśli.

W „koronawirusowej” rzeczywistości realizacja pierwotnego planu nie była możliwa ze względu na zamknięcie części europejskich i afrykańskich granic, wybrałam więc „kota w worku” – pojechać tam, gdzie będzie można i tak wylądowałam…

w Berlinie. Tak, nie o takie podróżowanie walczyłam, ale pomyślałam „lepszy rydz niż nic” – wszędzie przecież można znaleźć odrobinę piękna, a skoro praca na kilka następnych miesięcy sama wpadła mi w ręcę, to może warto się na moment zatrzymać. I tak w miejsce bardzo eksploatującej pracy ze światowymi VIP’ami, stała przede mną perspektywa prostej fizycznej pracy kończącej się z końcem zmiany, co i tak zapowiadało znacznie więcej wolnego czasu dla mnie. „Kotem w worku”, dla którego zostawiłam „pracę marzeń” okazało się liczenie towaru w Niemczech. Wiedziałam, że nie znajdę tam zaspokojenia mojej ambicji, że nie będzie wyzwań i tym samym, że szybko się znudzę, ale postawiłam na odrobinę spokoju. Chciałam znaleźć więcej chwil dla siebie, na realizację swoich pasji, więcej siły na lektury nieco ambitniejsze niż facebookowe posty albo bardziej mnie interesujące niż zasady dyplomacji – dzięki tej zmianie, wydawało mi się to bardziej osiągalne.

Tierpark Berlin

Postanowiłam potraktować czas w Berlinie jako krótkoterminową przygodę, a skoro świat i tak nie sprzyjał wyjazdom bardziej ekscytującym, zdecydowałam się przezimować, na moment odroczyć kołaczące się po moim wnętrzu pragnienie obserwowania jak morze spotyka się z górami, wsłuchując się w dźwięki fal roztrzaskujących się o skały. Postanowiłam wykorzystać ten czas jak najlepiej, z nadrzędnym celem – odrobinę zwolnić, bo przecież „Szybkość przystoi kuli z pistoletu, człowiekowi zaś, jeśli ma być prawdziwym człowiek nie zaszkodzi, jeśli zwolni biegu; jego wielkość zawiera się bowiem nie w tym, że pędzi lecz w tym, że jest”. Kiedy na studiach przeczytałam ten fragment autorstwa J. Ruskina, dość szybko stał się dla mnie drogowskazem wartym uwagi, choć wtedy nie potrafiłam jeszcze wyhamować. Dopiero ubiegł rok pozwolił mi dostrzec tę potrzebę, więc z otwartym sercem i duszą postanowiłam zanurzyć się w nowe doświadczenia. Otworzyć oczy szeroko i patrzeć.

A jeśli chodzi o bloga… kiedy mówiłam, o tym pomyśle, to spodziewałam się, że uda mi się wystartować wcześniej, że historie będą bieżące, a nie retrospektywne. Realizacja jednak okazała się być trudniejsza niż się spodziewałam, bo przed wyjazdem miałam zwyczajnie za mało czasu, a ze sobą nie zabrałam komputera… Przez moment myślałam, że uda mi się postawić bloga na tablecie, ale nic z tych rzeczy – fiasko. Mam nadzieję jednak nadgonić zapiski z zeszytu i snuć tę opowieść dalej 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s